nr 34/2006

Płytka wyobraźnia to kalectwo

Dodano: 31 sierpień 2006 r.

Z Piotrem Pawłowskim, szefem Stowarzyszenia Przyjaciół Integracji, redaktorem naczelnym magazynu "Integracja" - o skoku do wody, który zmienił w jego życiu wszystko - rozmawia Renata Krzyszkowska

Co czuje człowiek, który skacząc do wody, łamie sobie kręgosłup?

- Tych chwil się nie zapomina. Nie czułem żadnego bólu. Po prostu ogarnął mnie bezwład. Nie mogłem wyjść z wody. Unosiłem się na powierzchni twarzą do dna. Nie mogłem oddychać, zacząłem się dusić. Natychmiast pojawiła się szybka refleksja nad całym życiem i poczucie, że zbliżam się do jego końca. To było bardzo dramatyczne. Straciłem przytomność. Z wody wyciągnął mnie kolega. Gdyby nie on, to bym utonął. Świadomość odzyskałem dopiero w karetce. Miałem wtedy 16 lat. Byłem wysportowany, moje ciało nie sprawiało mi wcześniej żadnych kłopotów, a przy tym zupełnie nieświadomy, co może oznaczać nieodwracalne uszkodzenie rdzenia kręgowego. Znałem rzekę, do której skakałem, pływałem w niej wiele razy. Wiedziałem, że w wielu miejscach jest płytka. Kilka dni wcześniej wróciłem z Mazur, gdzie pływałem w jeziorach i skakałem na główkę. Swoje umiejętności chciałem wypróbować także w rzece. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jakie mogą być konsekwencje niefortunnego skoku, nie miałem wyobraźni. Gdy w szpitalu dochodziłem do siebie, byłem święcie przekonany, że lekarze na pewno poskładają mój kręgosłup, szybko znów stanę na nogi, wrócę do gry w koszykówkę, do szkoły i kolegów. Nie wyobrażałem sobie, że może być inaczej, że jednym skokiem do wody wydałem na siebie wyrok.

Jak wyglądała chwila, w której dotarło do Pana, że jednak nigdy już nie będzie jak dawniej?

- Na oswojenie się z tą myślą potrzebowałem dwóch, trzech lat. Choć byłem i jestem osobą wierzącą, moje pogodzenie się z losem nie było łatwe. Nie powiedziałem: "Panie Boże, taka widać Twoja wola, jeśli chcesz mnie do końca życia widzieć siedzącego na wózku, to niech tak będzie". Długo walczyłem, buntowałem się przeciw kalectwu. Do pogodzenia się ze swoją niepełnosprawnością dochodziłem bardzo powoli. Ciężką pracą odkrywałem w sobie nowe możliwości, nowe umiejętności. To dodawało mi wiary w przyszłość i sens dalszego życia.

Teraz pracuje Pan pełną parą, pomaga innym. Czy mimo niepełnosprawności czuje się Pan człowiekiem spełnionym?

- Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji założyłem dwanaście lat temu. Mieliśmy wydawać tylko małą gazetkę dla niepełnosprawnych. Wszystko było oparte na pracy wolontariuszy. Dziś pismo ma sto stron i 15 tys. nakładu. Stowarzyszenie prowadzi wiele różnych działań, zatrudnia na etacie sześćdziesiąt osób, a do końca roku ta liczba ma wzrosnąć do stu. Nigdy nie przypuszczałem, że wszystko tak się rozwinie. Robię ciekawe rzeczy z fajnym zespołem. Chcemy nie tylko docierać do niepełnosprawnych, ale i do ludzi całkiem zdrowych, by nas lepiej rozumieli. Żyję bardzo aktywnie, nie mam nawet czasu na urlop, do domu często wracam przed północą i żona odgrzewa mi kolację. Ale - tak, czuję się spełniony. Cieszę się z życia takiego, jakie mam. Przed wypadkiem uczyłem się w technikum samochodowym, marzyłem o karierze koszykarza. Gdyby nie ów niefortunny skok do wody, może naprawiałbym dziś samochody, nie podejrzewając nawet, że stać mnie także na inne, chyba jednak ciekawsze rzeczy.

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA