Wystarczy łóżko we wspólnej sali, bilet miesięczny i fachowa pomoc w znalezieniu pracy. Tak niewiele trzeba, by zmienić życie dziewcząt z popegeerowskich wsi.
Pomysł był prosty: zabrać dziewczyny z rodzinnych miejscowości, gdzie na pracę nie mają szans, i przywieźć do Warszawy. Potem pomóc napisać CV, przygotować do rozmowy kwalifikacyjnej, doradzić, jak się ubrać i umalować, by wyglądać, jak przystało na stolicę. Reszta miała już zależeć od ich pracowitości, wytrwałości i obrotności.
- Mamy gospodarstwo w Szymanowie na Warmii. Spotykałem tam wielu młodych ludzi, którzy chętnie by pojechali za pracą, ale nie mieli gdzie i za co przetrwać tych pierwszych miesięcy - opowiada ksiądz Mirosław Jaworski, dyrektor Caritas Archidiecezji Warszawskiej.
Z tych, którzy się odważyli, wielu lądowało w noclegowniach dla bezdomnych. Caritas AW akurat dysponował pomieszczeniami na bursę, a do spółki zaprosił AWRSP, obecną Agencję Nieruchomości Rolnych. Jej ówczesny prezes Adam Tański postanowił wesprzeć projekt finansowo, pod warunkiem że będzie on skierowany do dzieci z rodzin popegeerowskich.
- To wspaniała inicjatywa - mówi Grażyna Kapelko z ANR. - Niestety, obecnie ustawodawca ograniczył nasze możliwości pomocy młodzieży z terenów popegeerowskich. Bursę Promocji Zawodowej wspieramy tylko dlatego, że wcześniej zawarliśmy wieloletnią umowę.
W 2001 roku ksiądz Jaworski ściągnął do stolicy zakonnicę, która kierowała akademikiem KUL-u, miała więc doświadczenie w dowodzeniu babińcem. Szybko przygotowała projekt programu. Przekonała księdza dyrektora, by do pracy z dziewczętami zatrudnić także młode kobiety po psychologii, pedagogice i z kwalifikacjami doradcy zawodowego.
W mroźny zimowy wieczór pod siedzibę Caritasu Archidiecezji Warszawskiej zajechały dwa autokary: jeden z Mazur, drugi z Pomorza. Wysiadły z nich dziewczyny z kilkuletnim stażem na bezrobociu, z bardzo biednych rodzin. W półbucikach, cienkich ortalionowych kurtkach, zalęknione. Wtedy organizatorzy uświadomili sobie, na co się porywają. Byli wzruszeni i pełni obaw: czy to wypali?
A jednak się udało. Z projektu skorzystało do tej pory ponad 500 dziewcząt. Większość z nich znalazła pracę. Pozostałe wróciły do domów. Ale niektóre z nich po pewnym czasie już na własną rękę przyjeżdżały do Warszawy. Zrozumiały, że to ich szansa. Inne szybko się usamodzielniały, a potem ściągały do stolicy rodzeństwo, koleżanki, narzeczonych, a nawet rodziców. Trudno więc powiedzieć, ile osób tak naprawdę znalazło pracę dzięki projektowi...
Przerywamy rozmowę, bo do bursy przyjechała właśnie nowa podopieczna. - Raczej: uczestniczka projektu - poprawia ktoś z personelu Bednarskiej. - Nasze dziewczyny to przecież dorosłe kobiety, mają od 18 do 25 lat.
Uczeń wychodzi. A ja zamykam drzwi i idę, jak Raskolnikow „opaść na kanapę”. Opadam z powodu...
Jeżeli powiemy uczniowi, że wagary są złem i grzechem, to zamruga oczami ze zdziwienia i zapyta,...
O potrzebie spotkania z Chrystusem i przyjaźni z Matką Bożą przypominali maturzystom 38 lat temu...
Kobiety, które mimo zagrożenia życia zdecydowały się urodzić dziecko, będą bohaterkami...
„Dam Ci wszystko to, co lubię, ale siebie dam po ślubie!”, „Słownik damsko-męski i męsko-...
Historia prawdziwa, autobiograficzna. Szokująca opowieść o niezwykłej, chwilami bardzo...

no właśnie, a ja znam kogoś kto trafił do szpitala po ketonalu i spędził tam sporo czasu...

niepłodność Jarku leczy się naprotechnologią (o której się nie mówi bo nie ma z niej...
3 marca 2012 roku o godzinie 15.15 po raz pierwszy w życiu przytuliłem czarnego...
Na wystawie w kiosku wiszą rzędem okładki filmów porno. Są też okładki pornograficznych...
- Ja się wstydzę, że tu jestem - mówi 88-letnia Stanisława - nie umiem wybaczyć dzieciom...
Dodaj nową odpowiedź