Aga - Puchatek

"Płakałam, czułam się kochana"

Dodano: 3 sierpień 2010 r.

Rodzice pozostawiali nam wiele swobody i tak w pewnym momencie sami mogliśmy zdecydować, czy chcemy być katolikami, czy nie.

Poproszono mnie o napisanie świadectwa. O tyle ta prośba była dla mnie szokującą, gdyż nie sprawiałam (przynajmniej w swoim mniemaniu) osoby z jakimś „boskim odlotem”. Pytanie od czego zacząć to a’la świadectwo? Byłam wychowana w rodzinie katolickiej. Jednak rodzice pozostawiali nam wiele swobody i tak w pewnym momencie sami mogliśmy zdecydować, czy chcemy być katolikami, czy nie. W ten oto sposób szłam do bierzmowania jak do „sakramentu pożegnania z Kościołem”. W liceum to my mieliśmy prawo decydowania, czy będziemy chodzić na lekcje religii, pod warunkiem, że na pierwsze zajęcia przyjdziemy i zdecydujemy później (zaznaczam, że były to 2 godziny lekcyjne w piątek od godziny 7:30). Zajęcia prowadziła siorka Kasia – cudowny człowiek z nienachalnym podejściem chrześcijańskim. Wiele było w niej ciepła, życzliwości i uczciwości. No i zostałam. Po dwóch latach nauki w LO okazało się, że burzliwie przechodzę okres dojrzewania, zrozumienia świata, i tak poszłam z nią porozmawiać. Powiedziała mi wtedy: „pomódl się”. Ze względu na szacunek dla tej kobiety nie powiedziałam jej, że modlą się stare kobiety w kościele, a nie młode dziewczyny jak ja. No i żeby nie było, że nic nie zrobiłam, rzeczywiście uklęknęłam do modlitwy – czy do czegokolwiek, co chciałam uczynić. Dziś, po 10 latach, nie wiem, co się wtedy wydarzyło, bo ciężko to opisać, żeby nie zabrzmiało jak totalny odlot ćpuna. Wiem tylko, że płakałam, czułam się kochana i wiedziałam, że Bóg istnieje. Nigdy później nie czułam takiego odlotu. Nie ukrywam, że ze względu na mój charakter dziecka (tak nadal czuję się dzieckiem), mam tendencje do przychodzenia do Boga i odchodzenia od Niego. I tak przeżyłam już 8 lat przerywanej przygody z relokacjami SARUEL (Salezjański Ruch Ewangelizacyjny). Przeszłam prawie wszystkie szkoły „wtajemniczenia”, poznałam wielu ludzi, a i tak gdy przyjeżdżam do Różanegostoku, czuję się jakbym była tam po raz pierwszy. W tym roku byłam na tzw. szkole służby. Z boku mogło się wydawać, że jedynie „dyrygujemy” grupkami przychodzącymi na przygotowanie lub sprzątanie po posiłku. Jednak dla mnie, wielkiego leniucha i śpiocha, był to szok. Wstawałam z własnej woli w okolicy 7 rano, a już około 14 ledwo stałam na nogach, marząc o chwili na drzemkę. W kuchni przebywałam po 3 godziny w związku z jednym posiłkiem. Obiady jadłam na stojąco. Po kolacji szorowałam jakieś wielkie garnki, o których nie miałam pojęcia, dopóki nie przyjechałam na SARUEL w tym roku. Jednak udało się znaleźć czas na poznanie nowych dobrych znajomych, na modlitwę indywidualną (na którą nigdy nie mam czasu w życiu codziennym) czy na tzw. grupkę dzielenia. Nietypowe rekolekcje, po których po przyjeździe do domu nie czułam „szoku” porekolekcyjnego, gdy trzeba się dostosować do codziennych działań i znalezienia czasu na modlitwę i dla drugiego człowieka. Pierwszy raz po rekolekcjach wróciłam do pracy, w której jest bardzo dużo roboty i po prostu pracowałam bez jakiejś agresji, że muszę to robić. Każdą chwilę dnia zaczęłam oddawać Bogu. Jednak w tym wszystkim nadal jestem tym, kim jestem, czyli wesołym człowiekiem, jednak nie mam już problemu w relacji z Bogiem, która wydawała mi się odświętna – On jest ze mną po prostu w każdym momencie dnia, tak codziennie i po ludzku.

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA