Fakty i Sekty
nr 18 (3/2003) , s. 32-36
Bożena Matejko

Odeszłam z Bractwa Himawanti

Dodano: 31 styczeń 2004 r.

Potęga ziemi, na której żył i nauczał Jezus, odmieniła mnie kompletnie. Wcześniej w takie rzeczy w ogóle nie wierzyłam, a do kościołów Ziemi Świętej próbowałam podchodzić jak do zwykłych zabytków historycznych (z wykształcenia jestem zresztą historykiem).

Byłam wychowana jako katoliczka - chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie... Najbardziej jednak z "duchowych doświadczeń" dzieciństwa pamiętam długo powtarzane modlitwy do Pana Boga, aby spełnił moje prośby. Wtedy wierzyłam, że Ktoś mnie wysłuchuje. I rzeczywiście! Większość moich dziecinnych modłów była wysłuchiwana, a przynajmniej spełniało się to, o co prosiłam Boga.

Bunt i astrologia

Jednak w wieku nastoletnim, jakoś tak pod koniec liceum, powoli zaczął mnie ogarniać nastrój zwątpienia religijnego. Bóg wydał mi się "nienaukowy". Wręcz pamiętam, jak byłam potwornie zdziwiona, gdy dowiedziałam się, że Albert Einstein był człowiekiem wierzącym! Jak to możliwe?!

Kroplą ostateczną było przeczytanie powieści Jana Parandowskiego Niebo w płomieniach, która jakoś wyjątkowo trafiła na mój ówczesny nastrój i ostatecznie upewniła mnie wtedy, że Boga nie ma, a kto wierzy, to jest głupi i zacofany. Żyłam sobie z poczuciem, że wszystko jest bez sensu, bo w taką stronę mnie mój "ateizm" prowadził. Jednak czegoś było mi brak. Zainteresowałam się astrologią, początkowo trochę, potem coraz głębiej. Bardzo mnie to wciągało, wydawało mi się, że przy jej pomocy można wytłumaczyć cały wszechświat. Jaki potężny wpływ miało to na moje życie, dało się zauważyć, gdy trzy miesiące po urodzeniu dziecka (mam jednego syna) pojechałam na "wczasy astrologiczne", zostawiając niemowlaka z babcia i tatą.

Ale było mi jeszcze mało. Koleżanka namówiła mnie na zajęcia z rebirthingu. Chodziłam regularnie przez kilka miesięcy. Nie pamiętam wszystkiego, co się tam wyrabiało, wiem tylko, że z moim umysłem coś się porobiło, zaczynałam w nieoczekiwanych sytuacjach płakać, do innych ludzi podchodziłam albo jak do wrogów, albo z uczuciem niezwykłej wszechogarniającej miłości. Było to bardzo upajające uczucie, na tyle, że gdy dowiedziałam się o medytacjach, na których uczą miłości do wszystkich i wszystkiego, z wielką ochotą i zaciekawieniem poszłam.

Ofiel patrzył głęboko w oczy, mówiąc o aniołach i miłości

No i zaczęło się! Niejakiego Ryszarda Matuszewskiego poznałam w listopadzie 1990 roku. On to właśnie prowadził owe "medytacje". Od początku robił na mnie ogromne wrażenie. Patrzył głęboko w oczy, jak nikt dotąd. Miałam przyjemne odczucie, że mnie "widzi", oraz trochę mniej przyjemne, iż zna wszystkie moje myśli! Ale było to bardzo fascynujące. Wcześniej nigdy tak się nie czułam. Podobało mi się bardzo, że wszyscy na zajęciach byli dla siebie nadzwyczaj mili, wręcz "słodcy". Na pożegnanie przytulaliśmy się do siebie, a że w życiu osobistym czułości mi nader brakowało, to chłonęłam to całe przytulanie i towarzystwo całym sercem. No i Ryszarda, który w owym czasie nosił duchowe imię Ofiel. Opowiadał o Bogu, aniołach, miłości do wszelkiego stworzenia, jedności wszystkich religii i tradycji duchowych itd. Miał przeogromną wiedzę - tak mi się przynajmniej wówczas zdawało - i robił wrażenie ogromnie uduchowionego, delikatnego, pełnego życzliwości do ludzi i świata. Byłam bardzo zafascynowana jego naukami, no i oczywiście nim samym. Chyba większość "duchowych aspirantek" przeszła okres fascynacji swoim mistrzem. Najważniejsza jednak była jego duchowość i tak zwana "ścieżka duchowa", której nauczał.

Jak to z "Ofiela" zrobił się "Mohan"

Początkowo Ofiel był przedstawicielem pewnej międzynarodowej organizacji duchowej, z której jednak około 1994 roku został odgórnie usunięty ze względu na malwersacje finansowe - jak sam to zresztą przyznał. Ja początkowo byłam w wielkiej rozterce, co teraz będzie? Ale wkrótce Ofiel znów się pojawił jako nauczyciel duchowy, lecz tym razem zwał się Mohan. Prowadził zajęcia z tak zwanej laya jogi, starając się coraz bardziej kreować na wielkiego mistrza duchowego i zmierzając do rejestracji swego Bractwa Himawanti.

Ja również coraz bardziej angażowałam się w wyjazdy na zajęcia, zostawiając w domu małe dziecko i nie zwracając uwagi na kłopoty w pracy. Ponieważ z czasem wymagania były coraz większe, miałam do robienia coraz więcej "praktyk". Wstawałam o 5.00, czasem wcześniej. Odprawiałam przypisane sobie medytacje i około 7.00 budziłam dziecko. Po zaprowadzeniu go do przedszkola ponownie zajmowałam się swymi praktykami lub szłam do pracy. Jako że pracowałam w szkole, chodziłam do pracy na różne godziny. Około południa zawsze pamiętałam chociaż o krótkiej "modlitwie", by wieczorem koniecznie poświęcić swój czas dwu lub trzygodzinnej praktyce. Do tego jeszcze dochodziły tak zwane głodówki, które od jakiegoś czasu podejmowałam bardzo systematycznie, bo była to najszybsza droga duchowego rozwoju - jak nauczał guru. Zalecał on nam następujący system: dwa dni w tygodniu (lecz nie kolejne) bez jedzenia, a najlepiej i bez picia. Raz w miesiącu post trzydniowy i oprócz tego częste dłuższe głodówki. Dlatego też niejednokrotnie pościłam po dwanaście, szesnaście, a nawet dwadzieścia jeden dni. Po jednym razie podjęłam też głodówki: trzydziestotrzydniową, a nawet czterdziestodniową. Przyznaję, że męczyłam się wtedy straszliwie. Nie tylko byłam głodna, bo uczucie głodu, zwłaszcza w postach kilkunastodniowych było do zniesienia, lecz było mi też potwornie słabo. Ledwo chodziłam, a przecież w tym samym czasie zdarzało się, że chodziłam do pracy, prowadziłam dom itp. Jednak najdłuższe posty podejmowało się najczęściej na zajęciach. Pojawił się nawet taki trend, by na zajęciach nie jeść (taniej wychodziło), i zwykle więcej niż połowa uczestników obozu pościła.

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA