Mija już druga jesień bez Niej. Tata ciągle mi powtarza, że to był przypadek, że Pan Bóg tak chciał. To już dwa lata, a ja ciągle czuję się winna. O tyle rzeczy nie zdążyłam Jej zapytać. Nie zdążyłam Jej powiedzieć, że Ją kocham, że dziękuję za wszystko. Przeprosić za to, jaka byłam i obiecać, że będę lepsza...

Odkąd tylko pamiętam, myślałam, że bardziej kocham tatę. Zawsze wydawał mi się najmądrzejszy, wygadany, obyty. Miał gotową odpowiedź na każde pytanie. Niezależnie od tego, gdzie i w jakim towarzystwie się znalazł, był w centrum uwagi. Pracował jako wysoko postawiony urzędnik jakiegoś biura, dobrze zarabiał. Jego jedyną wadą było palenie papierosów, ale później nawet to przestało mi przeszkadzać. Tata nigdy niczego mi nie żałował, na wszystko pozwalał. Nie to, co mama. Ona była zupełnie inna. Zawsze cicha, pozostawała w cieniu. Pracowała jako ekspedientka w osiedlowym sklepie, bo tylko tam przyjmowali osoby z niższym wykształceniem. Miała zasady, których nikomu nie wolno było łamać. I wydaje mi się, że to przez jej niezłomne zasady rodzice się rozstali. Byłam wtedy mała. Nie pamiętam żadnych awantur. Po prostu pewnego dnia oboje przyszli do mnie i powiedzieli, że teraz trochę pomieszkam z mamusią, ale tatuś będzie mnie zabierał na weekendy.
Dorastałam. Z tatą widywałam się niezmiennie w każdą sobotę. Cały tydzień na to czekałam. Najpierw dlatego, że zależało mi na spotkaniu z tatą, potem - bo potrzebowałam pomocy w nauce, a jeszcze później te soboty stały się odskocznią od całego świata. Ten czas był dla mnie ucieczką od zasad mamy. Tata mi ufał, pozwalał chodzić, gdzie chcę, z kim chcę, robić, co chcę. Czułam się dorosła, wolna. W domu było zupełnie inaczej. Mama zawsze musiała wiedzieć, gdzie jestem, z kim jestem, co robię, kiedy wrócę. Nienawidziła, kiedy się spóźniałam. Zawsze, kiedy to robiłam, dzwoniła do mnie i wypytywała, co się stało, czy wszystko w porządku. Trzydzieści razy dziennie powtarzała mi, żebym uważała, jak przechodzę przez ulicę, nie rozmawiała z obcymi, była ostrożna z chłopcami, myła ręce przed jedzeniem. Wtedy myślałam, że mi nie ufa, że jest przewrażliwiona na moim punkcie, bo jestem jej jedynym dzieckiem. Nie pozwalała mi chodzić na imprezy. Jeśli już mogłam, musiałam z nich wracać przed jedenastą, a zwykle właśnie wtedy jest najlepsza zabawa. Zimą musiałam nosić podkoszulki, żebym się nie przeziębiła, latem czapkę albo chustkę, żebym nie dostała udaru słonecznego. Miała absolutnego bzika na moim punkcie. Dopiero teraz rozumiem, ile dla niej znaczyło, że mnie ma, że jesteśmy razem.
Wszystko zaczęło się w maju cztery lata temu. Mama poznała wtedy Mariusza. Na początku było cudownie. Zapraszał ją na kolacje, do kina. Muszę przyznać, że nie od razu mi się spodobał. Był niezbyt wysoki, trochę przy kości, miał lekką łysinkę. Na początku akceptowałam ten związek tylko z powodu poczucia humoru i ciepłego, kojącego głosu Mariusza. Zawsze mówił spokojnie, nawet jeśli był zły. Żarty, które opowiadał, były na poziomie, nikogo nie obrażały. Mama promieniała z dnia na dzień. Zaczęła się malować, układać włosy, nosić spódniczki. Cały czas chodziła uśmiechnięta. Bardzo się zmieniła. Mariusz bywał coraz częstszym gościem w naszym domu, ale nigdy nie zostawał na noc. Zawsze mówił, że nie może, tłumaczył, że ma kota i nie chce go zostawiać samego na dłużej. Czasami wychodził w połowie spotkania, bo zadzwonił ktoś bardzo ważny albo w ogóle nie przychodził. Mama mu wierzyła, wszystko wybaczała. Naprawdę się zakochała. Ale ja mimo wszystko nie byłam pewna uczuć Mariusza do niej. Lubiłam go, ciągle jednak był w naszej rodzinie intruzem. Pewnej soboty, kiedy byłam u taty, powiedziałam mu, jak wygląda sprawa. Obiecał, że porozmawia z mamą na ten temat. Przyznał mi rację, podobnie jak ja uważał, że prawdopodobnie Mariusz coś ukrywa. Niestety żadna rozmowa z mamą nie dawała rezultatu. Cały czas powtarzała jedno: "Ufam mu." Mariusz przychodził coraz rzadziej, a był nawet taki czas, kiedy nie przychodził w ogóle. Pytałam mamę, co się stało, ale mówiła, że wyjechał służbowo albo tłumaczyła, że ma dużo pracy. Potem znowu wszystko było "po staremu", czyli spotykali się codziennie, wychodzili razem.

Zgadzam się z autorem. I bardzo dobrze, że z tą miłością jest jak jest, bo gdyby zależała...

Dzięki. :) Być może takie badania już są, warto poszperać w socjologii. :)
– Proszę nacierać nadgarstek wodą święconą. Taką terapię polecił pewnej kobiecie...
Dość często słyszę z ust polityków, ekonomistów, socjologów, że świat zmierza do tego,...
Dodaj nową odpowiedź